Stała powierzchnia Słońca – obserwacje

Słońce – założenia, obserwacje i wczesne interpretacje

Po wielu konwersacjach z ludźmi z NASA, Stanfordu i Lockheed-Martin, oraz na podstawie zdjęć, które pobrałem ze strony Solar ans Astrophysics Laboratory, należącego do Lockheed-Martin, wierzę, że potrafię wyjaśnić, dlaczego kilka prostych błędów koncepcyjnych utrudnia badania nad warstwami Słońca.

Projekt Trace wystartował z bardzo ważną misją naukową, lecz również z bardzo niefortunnym założeniem. Satelita race został zaprojektowany specjalnie do badania „regionu przejściowego”, w którym temperatury rosną z tysięcy do milionów stopni. Ponieważ filtry 171Å, 195Å i 284Å są czułe na zjonizowaną plazmę żelaza, w zakresie milionów stopni, zawsze zakładano, że wymiana ciepła ma miejsce w chromosferą o 12 000 stopni, a przeszło miliono stopniową koroną. Początkowym założeniem w sposób naturalny wywodzi się z wiary, że każde zdjęcie zrobione w widmie jonów żelaza przedstawia obraz „najprawdopodobniej” pochodzący ze strefy pomiędzy chromosferą a koroną. Założenie takie istniało, zanim jeszcze wystrzelono satelitę. Mając dostęp do dwu wymiarowych obrazów, trudno jest je sfalsyfikować lub potwierdzić.

Cztery warstwy Słońca w umownych kolorach.

Choć może się to wydawać logicznym założeniem, nie jest ono dobre na początek. Ta animacja z NASA demonstruje, że pętle koronalne, oraz ogrzana plazma zawarta wewnątrz pętli, ma swoje źródło głęboko pod widoczną fotosferą, nie ponad nią. Założenia Lockheed o lokalizacji regionu przejściowego doprowadziło do wielu błędów koncepcyjnych w NASA i Lockheed-Martin, trwających do dzisiaj. Dowody pochodzące z Lockheed-Martin z ostatnich kilku lat sugerują, że elektryczność odkrywa bardzo kluczową i witalną rolę w koronalnych wyrzutach masy. Oznacza to, że to raczej elektryczność, a nie korona, jest źródłem ciepła tych emisji, w przeciwieństwie do tego, co wpierw zakładano. Niedawne dowody heliosejsmologii ze Stanfordu obecnie potwierdzają, że warstwa przejściowa istnieje na 0,995 promienia pod widzialną fotosferą.

„Oficjalne” uszeregowanie warstw wg NASA, które przeczy prawom fizyki. Od kiedy żelazo pływa na powierzchni helu?

Różne długości fal światła, odbieranego przez satelity i stacje naziemne, ujawniają nam bardzo szczególną warstwę Słońca, bazującą na fizycznym składzie i strukturach, które widzimy w tych różnych widmach. Z tych różnych filtrów i długości fal możemy wywnioskować, że istnieją co najmniej 4 zewnętrzne warstwy Słońca, każda z własnym zestawem właściwości, wzorem emisji fotonów, własnymi charakterystykami i teksturami. Przykłady tych warstw i ich tekstur widać na górnej ilustracji. Pierwsze i drugie zdjęcie pochodzą z Lockheed-Martin (…).

Trzy z tych warstw są całkiem dobrze poznane i przestudiowane. Mają bardzo unikalne i łatwo rozpoznawalne „powierzchnie” oraz charakterystyki. Na przykład, granularna powierzchnia fotosfery, reprezentowana przez zielone płaszczyzny na dwóch pierwszych obrazach, jest dobrze znana i obserwowana przez naziemne teleskopy. Jest to warstwa wysyłająca widoczne przez nas światło. Emituje światło widzialne poprzez frędzle penumbry. Mozna nawet zobaczyć je z boku, na obrzeżach plam słonecznych. Chromosfera (warstwa niebieska) również jest dobrze znana i rozpoznawalna dzięki swoim „teksturom” powierzchniowym. Emituje fotony w widmie jonów helu. Ponieważ warstwa ta jest lżejsza i cieplejsza od fotosfery, leży nad nią. cienka warstwa wodorowej korony również jest dobrze udokumentowana, a na zdjęciach widać ją na czerwono/pomarańczowo.

Tym niemniej, warstwa żółta jest znacznie mniej poznana, a na drugiej ilustracji ułożona w złym miejscu. Ta przejściowa warstwa została dopiero niedawno odkryta, dzięki filtrom satelitów TRACE i SOHO, czułym na emisje jonów żelaza. Tylko w ostatnich miesiącach heliosejsmologia pokazała „warstwę przejściową”, zalegającą pod widoczną fotosferą. Do tej pory elektryczna aktywność tej warstwy widać było jedynie w emisji jonów wodoru. Ale teraz możemy zobaczyć to samo, jak i znacznie więcej, w emisjach jonów żelaza.

Zasada promieniowania ciała doskonale czarnego sugeruje, że temperatura powierzchni jest znacznie niższa, niż w łukach. Powierzchnia w tle jest ciemna, sugerując niższą temperaturę, podczas gdy pewne miejsca pokazują koncentrację przepływu ciepła w łukach elektrycznych. Czerwone strefy nie są, i nie mogą być, najchłodniejszymi w tej warstwie, jak sugeruje Lockheed-Martin. Najwyraźniej Lockheed-Martin nie jest zaznajomiony z koncepcją ciała doskonale czarnego. Jak widzimy na zdjęciu po lewej, najjaśniejsze i najgorętsze elementy odpowiadają czerwonym strefom na zdjęciu po prawej. Jasna poświata z lewej czyli czerwone strefy najgorętszymi, nie najchłodniejszymi, jak twierdzi Lockheed-Martin.

Jedną z pierwszych rzeczy, jakie musimy ustalić, to z czego jest złożona nasza warstwa, oraz gdzie jest położona w stosunku do pozostałych trzech. Druga ilustracja przedstawia „oficjalne” uszeregowanie warstw, przyjęte przez NASA, Stanford i Lockheed-Martin. Uszeregowanie to oparte jest na założeniu ze strony NASA, że fotony, które widzimy jako wychodzące z łuków elektrycznych, w widoczny sposób strumieniujących z tej warstwy, muszą być podświetlane od spodu przez słoneczną fotosferę, lub pochodzić spod powierzchni, z samej warstwy przejściowej. Opierają go również na założeniu pochodzącym od Lockheed-Martin, że ciepło związane z emisjami pochodzi wyłącznie z korony. Założenie owo jest tylko jedną możliwością. Musimy również dopuścić możliwość, że fotony, które widzimy, pochodzą z wewnątrz samych łuków, a cząstki ogrzewane są aktywnością elektryczną. Ponieważ NASA zawsze przypuszczało, że fotony z łuków muszą pochodzić raczej spod nich, niż z nich samych, oraz ponieważ nigdy nie spodziewali się odnaleźć stałej powierzchni Słońca, w niewłaściwy sposób umiejscowili tą żółtą warstwę. Sądzę, że mogę zademonstrować to w przekonujący sposób.

Na początek, ważne jest, żeby zrozumieć, że to światło, które widzimy, pochodzi z atomów żelaza, a bardziej konkretnie, z plazmy żelaza. Filtry 171, 195 i 284 angstromów zaprojektowano, aby widziały fotony z bardzo specyficznego rodzaj atomów, zwanych energetycznymi formami żelaza, dokładniej Fe IX, X, XII i XV. Ten sam filtr jest również czuły na jony wapnia w zakresie temperatur 2 milionów K, jak i jony żelaza w zakresie temperatur 10-20 milionów K. Szeroki zakres czułości temperaturowej wyklucza sytuację, w której ciemne miejsca są w rzeczywistości gorętsze, niż jasne. Program SERTS udokumentował całe widmo ferrytowych emisji jonowych, nie wspominając o jonach wapnia, magnezu, aluminium, krzemu, neonu oraz helu, w owych łukach. Dodatkowo, na uniwersytecie Maryland udokumentował temperatury sięgające w ekstremach do miliarda stopni.

Najgorętsze regiony, oraz największe emisje fotonów, mają miejsce w pobliżu aktywności elektrycznej wewnątrz łuków, a nie wokół na powierzchni czy gdzie indziej poza łukami. Ciepło jest więc wytwarzane przez aktywność elektryczna wewnątrz łuków, nie przez koronę. Użyty tutaj filtr czuły jest na temperatury do 20 milionów stopni. ciemne strefy powierzchni z pewnością nie są najgorętsze, skoro wiadomo, że fotosfera ma ok 6000 K. Miejscem koncentracji ciepła i fotonów są łuki, nie ciemne strefy pomiędzy nimi.

Ferryt to magnetyczna forma żelaza. Jest dobrze wiadomym, że żelazo jest dużo cięższe od wodoru, helu, neonu, krzemi i wapnia, będących warstwami fotosfery, chromosfery i korony. Jeśli atomy żelaza zostaną oderwane od powierzchni w aktywności słonecznego mchu, i zjonizowane w łuku elektrycznym, wtedy sama grawitacja sugeruje, że taka żelazna warstwa po prostu zatonęłaby i poszła pod spód, nie pływałaby nad lżejszymi warstwami plazmy. Zdaje się to być najbardziej niszczącym dowód przeciw oficjalnemu uszeregowaniu. Fakt, że na tych zdjęciach widzimy deszcz koronalny, również sugeruje, że żelazna plazma powraca na powierzchnię, gdy tylko łuk zaniknie.

Raczej trudno sobie wyobrazić, jak światło widzialne, po opuszczeniu fotosfery, może przejść przez strukturowaną warstwę ferrytowego wapnia (chłodzący magnes), aby jakoś dotrzeć do Ziemi. Trudno również pojąć, co utrzymuje tą warstwę żelaza w temperaturze dostatecznie niskiej, aby mogło przyjąć formę utrzymującej się prze dłuższy czas i obracającej się jednostajnie struktury, pomiędzy chromosferą a koroną.

Lockheed-Martin sugeruje, że za emisje żelaza odpowiada ciepło korony, bazując na fakcie, że aby zobaczyć te emisje, potrzebna jest temperatura milionów stopni. Jeśli jednak spojrzymy bliżej na względny rozkład ciepła, zauważymy, że ciepło uwalniające te fotony nie pochodzi z okolic żelaznych pętli, lecz z ich wnętrza. To oznacza, że odpowiedzialna za ciepło i emisje jest aktywność elektryczna samych pętli. To łuki elektryczne wytwarzają ciepło, które uwalnia te fotony, a nie korona, w przeciwnym razie obszar wokół nich byłby gorętszy, niż same łuki. Gdy popatrzymy na kolejny obrazek, który porównuje widok na 171 angstromach z rozkładem ciepła, powiązanym z aktywnością, jasno widzimy, że żelazna powierzchnia jest znacznie chłodniejsza, niż żelazo wewnątrz łuków. Obszary o największej aktywności elektrycznej odpowiadają obszarom o największej temperaturze. Jest to dokładna odwrotność tego, czego należałoby się spodziewać, gdyby to korona była źródłem ciepła tych emisji. W takim wypadku, spodziewalibyśmy się, że obszar pomiędzy łukami i wokół tej warstwy będzie gorętszy niż same łuki, a znacznie cieplejszy od warstwy żelaza. A tego nie widzimy. Powierzchnia jest ciemna. Szybkie sprawdzeni ujawnia również, że gdyby ta ciemna powierzchnia faktycznie miała miliony stopni, wówczas mechanika ciała doskonale czarnego sugerowałaby, że ciało wielkości Słońca emitowałoby bez przerwy około 3,45 × 1035 watów lub dżuli na sekundę. Porównajmy teraz tą liczbę z wyliczeniami na Wikipedii: 3,827 &times 1026 dżuli na sek. To około dziewięć rzędów wielkości za dużo! Jeżeli jednak policzymy to dla temperatury fotosfery w ciemnych miejscach (5800K), otrzymamy „właściwy” rząd wielkości uwalnianej energii. Ciemne obszary pierwotnego zdjęcia 171 angstromów nie mogą być więc gorętsze niż najjaśniejsze obszary, inaczej usmażylibyśmy się jak frytki!

Widok w promieniach rentgena z Yohkoh nałożony z fotografią z Trace tego samego obszaru słonecznego mchu, pokazuje, że warstwa ferrytowa znajduje się pod fotosferą i chromosferą, nie ponad tymi warstwami, jak sugeruje Lockheed-Martin.

Zamiast widzieć względnie gorące tło naprzeciw chłodniejszych łuków i powierzchni, znaleźliśmy gorące łuki oraz chłodne otoczenie i powierzchnię. Jest to dokładne przeciwieństwo do tego, co przewiduje układ warstw wg Lockheed-Martin oraz dokładne przeciwieństwo ich wyjaśnień tego zdjęcia. Jeśli niebieska powierzchnia jest cieplejsza od łuków, wówczas świeciła by się intensywnie na zdjęciu po lewej. Zamiast tego, to czerwone i zielone obszary odpowiadają jaśniejszym strefom, a co za tym idzie, wyższej temperaturze. W ewidentny sposób ludzie z Lockheed-Martin nie zdają sobie w pełni sprawy z fizyki promieniowania ciała doskonale czarnego. Najjaśniejsze strefy na każdym czarnym ciele odpowiadają najwyższej temperaturze. Fakt, że powierzchnia pozostaje ciemna zarówno na zdjęciach z Johkoh jak i Trace oznacza, że jest ona chłodna. Wiemy, że powierzchnia fotosfery posiada zaledwie 6000K, o wiele za mało, żeby emitować fotony z jonów żelaza o tej długości fali. Tylko żelazo w samym łuku podgrzewane jest do milionów stopni.

Praca Nicklasa Ecklanda obiecuje odpowiedzieć na pytanie o skład powierzchni tych warstw. Obecność wapnia w chromosferze sugeruje, że powierzchnia ferrytowa jest rodzajem wapniowego ferrytu, ze wszystkimi jego nieczystościami (magnez, chrom, mangan, aluminium), pomocnymi (? – tłum.) w zachowaniu stabilności struktury w wysokich temperaturach.

Mamy tutaj złożony obraz z Lockheed-Martin, potwierdzający wizualnie, że podstawa łuku znajduje się pod chromosferą oraz fotosferą. Zauważmy, że „czubek” łuków, widziane w paśmie 171 angstromów, „przewiercają się” przez powierzchnię plazmy fotosfery i chromosfery. Możemy również zobaczyć sporo zielonej aktywności elektrycznej, zachodzącej pod powierzchnią warstw plazmy. Ten obraz potwierdza poprzedni obraz kompozytowy. Oba demonstrują, warstwa przejściowa na obrazach SOHO i TRACE, gdzie rozpoczynają się łuki, zlokalizowana jest pod powierzchnią fotosfery.

Fotosfera zachowuje się dokładnie jak odprowadzacz ciepła, transportując ciepło z pod spodu ku powierzchni. Ta część jest znana i udokumentowana. Jedyne pytanie, jakie pozostaje, to jak „chłodny” jest spód fotosfery, oraz gdzie znajduje się punkt topnienia ferrytowego wapnia, biorąc pod uwagę grawitację i pole magnetyczne na powierzchni Słońca.

Praca Nicklasa Ecklanda sugeruje, że możliwe jest wyjaśnienie skupionej i zorganizowanej powierzchni ferrytowego wapnia, która utrzymuje się jako stała struktura tam, gdzie temperatury dochodzą do dwóch tysięcy stopni. Takie warunki mogą istnieć na spodzie fotosfery. Tym niemniej prawie niemożliwe jest możliwe wytłumaczenie istnienia takiej stałej struktury w środowisku 12 tysięcy stopni, jak wymaga tego „oficjalne” uszeregowanie!

Następna grupa dowodów dotyczy długowieczności poszczególnych warstw w porównaniu z innymi. Fotosfera i chromosfera są bardzo aktywnymi warstwami, złożonymi głównie z wodorowej i helowej plazmy. Zmieniają się one dramatycznie przez okres kilku minut. Z drugiej strony, materiał ferrytowy wydaje się być bardzo stabilny, trwały, oporny na ciepło, mniej skłonny do zmian pomiędzy momentami obserwacji. Aczkolwiek, jak zademonstrowano na zdjęciach przedstawiających mech słoneczny, warstwa ta jest bardzo aktywna. Jednak mimo to potrafi być bardzo stabilna, przez długi czas, jak na warunki słoneczne. Trzecia i czwarta zielona fotografia zostały zrobione z filtrem 171 angstromów. Na górnym obrazku warstwa ta reprezentowana jest na żółto. Tutaj jest wideo przedstawiające tą warstwę, oraz jej aktywność, z użyciem filtra 171 angstromów, obrobione metodą różnicową.

Mamy tu oczywistą strukturę, na lewo od centrum fali rozchodzącej się po fotosferze. Obraz ten dobrze współgra z odkryciami heliosejsmologii, dotyczącymi zmiany gęstości na głębokości 4800 km od powierzchni fotosfery. Struktury te mogą być widoczne nawet w tej warstwie, jako płycizny pod powierzchnią. Obraz ten został utworzony przez dr Aleksandra Kosowiczewa przy pomocy systemu obrazowania dopplerowskiego na pokładzie pojazdu SOHO.

Na dole widzimy dwie osobne stop klatki, zrobione z filtrem 171 angstromów w odstępie dwóch minut i trzydziestu sekund. W centrum każdego z nich widać wyraźny obrys struktury podobnej do krateru, której kształt przez te dwie i pół minuty prawie się nie zmienił. W słonecznych warunkach, dwie i pół minuty to wieczność. Górne warstwy Słońca są bardzo dynamiczne. Skorupiaste górne warstwy lekkiej chromosfery i granularna powierzchnia fotosfery zmieniają się gwałtownie i dynamicznie, nie mogąc odtworzyć tych solidnie wyglądających struktur. Gdziekolwiek te struktury występują, są one niezwiązane ani z fotosferą, ani z chromosferą, o czym NASA dobrze wie, odkąd określiła te warstwy osobno. Ten rodzaj ciągłości struktury przez okres dwóch i pół minuty po prostu nie do odnalezienia w płynnych, górnych warstwach fotosfery i chromosfery. Warstwy te są gazową plazmą, będącą w ciągłym przepływie i zmieniającą się gwałtownie z biegiem czasu. Tylko sama warstwa powierzchniowa posiada ten rodzaj stabilności, a nawet dla powierzchni dwie i pół minuty to bardzo długi czas!

Kolejna wskazówka, że istnieje poważny problem z oficjalnym uszeregowaniem warstw, pochodzi z satelity Yohkoh. Obraz „słonecznego mchu” na stronie domowej tej witryny, powstał przez nałożenie obrazu z filtra 171 angstromów z satelity Trace oraz obrazu rentgenowskiego z Yohkoh. Na zdjęciu tym istnieją trzy odrębne warstwy. Jest warstwa spodnia, w której występuje „mech”, będąca „powierzchnią” (oznaczona na żółto na górnych zdjęciach), emitująca łuki, leżącą u ich podstawy. Jest tam obecny „chłodniejszy” niebieski region, przecinany łukami, które nie emitują promieni rentgena, po którym następuje warstwa o wyższym poziomie energii, widoczna dla Yohkoh, i oznaczona na żółto.

Utworzona w neonowej warstwie włókien penumbry dziura ukazuje poniżej warstwę krzemową oraz powierzchnię. Mamy ogromne pęknięcie w ferrytowej warstwie wapnia, które powoduje wznoszenie się warstwy krzemu przez neonową. Gdy tylko okolica ostygnie, krzem przestanie się wznosić a dziura w neonie się zamknie.

Obraz ten demonstruje, że uszeregowanie, którego używa NASA, jest po prostu niewłaściwe. Możemy na nim zobaczyć, że słoneczny mech znajduje się w spodniej warstwie powierzchniowej, z której wychodzą łuki. Łuki wędrują przez chłodniejszą, grubszą, niebieską warstwę fotosfery, i nie są wówczas widoczne dla Yohkoh. Gdy znajdą się w gorętszej, cieńszej chromosferze, otrzymują ciepło i zaczynają promieniować miękkim rentgenem, widocznym dla Yohkoh. Gdyby warstwa słonecznego mchu leżała nad fotosferą, jak wierzy NASA, nie mielibyśmy dwóch dodatkowych osobnych warstw, przez które przechodziłyby łuki. Jeżeli jednak warstwa solarnego mchu znajduje się pod spodem, fotografie nabierają sensu. Łuki przechodzą przez grubszą, chłodną fotosferę, po czym ogrzewają się w chromosferze. Fotografie wyraźnie pokazują błąd w uszeregowaniu NASA.

Drugie poważne nieporozumienie dotyczy obrazowania dopplerowskiego oraz koncepcji poruszającej się masy, oraz jak poruszająca się masa odzwierciedla stałe powierzchnie na obrazach dopplerowskich. System obrazowania dopplerowskiego, używany przez NASA, jest w pełni zdolny do pokazania nam nie tylko dwuwymiarowego obrazu, zgodnego z teorią gazową, ale w rzeczywistości pokazuje on wszystkie trzy wymiary od powierzchni. Ponieważ NASA zakłada, że Słońce nie posiada stałej powierzchni, która mogłaby odbijać z powrotem obrazy dopplerowskie, więc po prostu nie rozgląda się na takimi wzorami. Wideo przedstawiające tsunami zrobione zostało przez aparaturę pokładową statku SOHO. Jasno uwidacznia ono stałe, nieregularne, poszarpane struktury poniżej płynnej plazmy fotosfery. Możemy zobaczyć, i widzimy, płaski grzbiet o postrzępionych bokach, który pozostaje zwarty pomiędzy klatkami. Struktura ta blokuje poruszającą się masę. Jest to możliwe tylko wówczas, jeśli jest ona stała. Używając obrazowania dopplerowskiego zrobiono zdjęcia wielu powierzchni, i w rzeczywistości twarda powierzchnia Słońca jest widoczna na obrazach dopplerowskich, przedstawiających tsunami. Wideo to pokazuje również, że NASA szereguje te warstwy niepoprawnie, gdyż pod fotosferą, w której rozchodzą się fale, znajduje się coś stałego. Fotosfera po prostu nie może być spodnią warstwą, a to wideo dostarcza nam na to bezpośredniego dowodu.

Trace sfotografował ferrytową powierzchnię przy użyciu filtra 171 angstromów w odstępie dwóch i pół minuty. Bardzo niewiele się zmieniło przez ten czas.

Ostatnią pomyłką jest naukowa tradycja. Model gazowy pochodzi z bardzo ograniczonych obserwacjach Galileusza. Obserwacjach zrobionych cztery stulecia temu, przy pomocy prymitywnego teleskopu. Od tego czasu środowisko naukowe próbowało i zawodziło w wyjaśnieniu aktywności Słońca w oparciu o model gazowy. Przez cały ten czas nie wyjaśniono w pełni łuków słonecznych, przyczyny rozbłysków, zmian w plamach, mchu słonecznego, 11 letniego cyklu plam etc.

Wszystko, co zaprezentowałem na tej stronie, jest całkowicie oparte na obserwacjach z sześciu różnych satelitów, wartych miliony dolarów, jak również z obserwacji naziemnych i analizy spektralnej programu SERTS. Przy pomocy modelu stałej powierzchni wyjaśniłem wiele z rzeczy, jakie zachodzą na Słońcu, znacznie lepiej, niż byłbym w stanie to zrobić trzymając się naukowej tradycji oraz teorii gazowego modelu Słońca.

TRACE zarejestrował te same struktury powierzchni dwie i pół minuty po wykonaniu pierwszego zdjęcia. Niewiele się zmieniło. Jeśli taka stała powierzchnia ferrytowa znajduje się pomiędzy fotosferą a Ziemią, nigdy nie zobaczylibyśmy światła słonecznego! Byłoby one blokowane przez ferryt.

Gdy tylko pozwoliłem, żeby to obserwacje były moim jedynym przewodnikiem, oraz zaufałem technologii satelitarnej, wszystko się zmieniło. Dzięki obserwacjom znalazłem model, który może wyjaśniać, i wyjaśnia dość dobrze zachowanie Słońca. Wierzę więc, że model stałej powierzchni jest daleko lepszy od obecnego, modelu gazowego, modelu mającego 400 lat, nie tłumaczący w zasadzie niczego o Słońcu.

Rozważmy następującą rzecz: zużyłem dużo czasu i zachodu w celu wyjaśnienia na tej stronie całego zakresu rodzajów słonecznej aktywności. Zrobiłem to, aby zademonstrować, że model stałej powierzchni Słońca jest dobrym modelem, który działa i daje nam rzeczywiste wyjaśnienie tego, co obserwujemy. Jest to model naukowy, bazujący na całkowicie na obserwacjach, takich samych, jakich dokonywał Galileusz. Różnicą jest tu jednak 400 lat technologicznego postępu, oraz miliony dolarów wyłożone na system obrazowania satelitarnego.

Gazowy model Słońca, uważany za wielką teorię, czeka wciąż na potwierdzenie bezpośrednimi obserwacjami. Nie oferuje on w dodatku żadnych przewidywań, pomimo 400 lat badań i wysiłków niezliczonej ilości naukowców. Co nam to powinno mówić o tym modelu i jego roli jako narzędzia naukowego? Jeżeli model stałej powierzchni może być potwierdzony bezpośrednimi obserwacjami, oraz potrafi wyjaśnić z dużą dokładnością to, co widzimy, dlaczego naukowcy trzymają się fałszywego modelu tylko dlatego, że jest on uznany za „akceptowalny” w środowisku naukowym? Model gazowy do dnia dzisiejszego jest tylko teorią. To, czy pasuje ona do rzeczywistości czy nie, zależy od tego, czy potrafi wyjaśnić obrazy, które są przed tobą. Są to obserwacje w czystym naukowym znaczeniu.

Michael Mozina

Link do oryginału: http://www.thesurfaceofthesun.com/observations.htm

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.